Odbijamy się od muru obojętności …


List Otwarty do Decydentów i Władz Samorządowych m.st. Warszawy

Czy inkluzywność naszego miasta to tylko puste słowa?

Piszę ten list, ponieważ jako prezeska Fundacji Daj Herbatę oraz mieszkanka Warszawy, czuję głęboką bezsilność. Bezsilność wobec instytucjonalnego muru, od którego jako organizacja pozarządowa odbijamy się od miesięcy. Bezsilność wobec archaicznych relacji władzy i faktu, że nasza organizacja – zamiast jako kluczowy partner społeczny – traktowana jest przez urzędników wyłącznie jak petent.
Fundacja Daj Herbatę nie działa w tym mieście przypadkiem. Mieszkańcy Warszawy trzykrotnie nominowali mnie do tytułu Warszawianki Roku, a nasza działalność jest już trwale wpisana w DNA tej stolicy. W ciągu ostatnich 6 lat stworzyliśmy, bez jakiegokolwiek współfinansowania ze środków miasta, 6 potężnych projektów, które stale rozwijamy. Są to m.in. Studio DE_HA (aktywizacja zawodowa i społeczna) czy autorski projekt edukacyjny dla dzieci z klas 1–5. Od lat z sukcesem prowadzimy Centralny Punkt Integracji w Dzielnicy Włochy i codziennie udowadniamy, że wiemy, co robimy. Zaufaniem obdarzył nas też biznes – tylko w 2025 roku wsparło nas ponad 900 wolontariuszy z zaprzyjaźnionych firm oraz mamy stały, 30-osobowy zespół wolontariacki Fundacji.

We współpracy z Fundacją Stocznia, w ramach Inkubatora Pomysłów, opracowaliśmy model kompleksowego Punktu, w którym do standardu usług niskoprogowych na stałe wprowadziliśmy m.in. arteterapię oraz pracę z ciałem. Ponieważ dynamicznie się rozwijamy i profesjonalizujemy nasze wsparcie, potrzebujemy większej przestrzeni – lokalu użytkowego o powierzchni pow. 120 m².

I właśnie w tym momencie zostaliśmy “odprawieni z kwitkiem” już przez cztery różne dzielnice. Słyszymy m.in lokale są, ale „nie na takie usługi”. Pojawiają się absurdy obnażające urzędniczą spychologię – dowiadujemy się, że dzielnica woli w danym miejscu „ciche usługi”, na przykład biuro rachunkowe. To ja pytam wprost: na jakie cele mają być przeznaczone miejskie zasoby lokalowe, jeśli nie na realizację pilnych celów społecznych i wsparcie mieszkańców w kryzysie?

W jednej dzielnicy skutecznie zniechęcano nas do współpracy, w drugiej obiecywano “gruszki na wierzbie”, w trzeciej dostaliśmy zaporową listę żądań. Z kolei w czwartej z nich złożyłam wniosek o lokal w trybie pozakonkursowym. Odpowiedź odmowna poraża – cytuję: „Omawiany lokal znajduje się w budynku położonym w południowej części Dzielnicy XXX, w jej centralnym punkcie, w bezpośrednim sąsiedztwie Placu XXX, który-to plac pełni funkcję rekreacyjną (…)”. Wspomniany lokal od ROKU stoi pusty i niszczeje. Wnioski z tych rozmów są jednoznaczne – lokalu na działalność na rzecz osób w kryzysie bezdomności w Warszawie nie dostaniemy, bo ta grupa społeczna rzekomo szpeci „rekreacyjny” krajobraz stolicy.

Przypomnę Państwu coś bardzo ważnego, o czym w ferworze odmawiania nam przestrzeni i stawiania absurdalnych warunków chyba zapomnieliście. W 2023 roku Rada m.st. Warszawy oficjalnie przyjęła Kartę Praw Osób Doświadczających Kryzysu Bezdomności. Podpisaliście się pod dokumentem, który miał gwarantować tym ludziom godność, podmiotowość i równe traktowanie. A jak to wygląda w rzeczywistości? Dzielnice ignorują ten fakt, jakby osoby z doświadczeniem bezdomności nie miały takich samych praw jak reszta warszawiaków.

Cytuję z Waszego własnego, miejskiego dokumentu:

„Osoby doświadczające kryzysu bezdomności mają prawo do równego traktowania przez wszystkie instytucje i służby oraz do korzystania z przestrzeni publicznej na równi z innymi.”

„Prawo do wsparcia i dostępu do usług społecznych ułatwiających wychodzenie z bezdomności.”

Pytam zatem publicznie: jak macie zamiar realizować zapisy tej Karty, skoro zamykacie drzwi przed organizacją, która te usługi społeczne świadczy? Jak chcecie dać tym ludziom prawo do równego traktowania, skoro sama nazwa fundacji sprawia, że urzędnicy szukają jakiegokolwiek pretekstu, żeby tylko nie podpisać umowy najmu? Mamy do czynienia z jawną sprzecznością. Z jednej strony miasto chwali się Kartą Praw, a z drugiej – na poziomie dzielnic – traktuje osoby w kryzysie jak obywateli drugiej kategorii, których najlepiej schować przed światem.

Przechodząc do meritum: Zarządy Dzielnic m.st. Warszawy zapomniały o kluczowych obowiązkach prawnych, strategiach krajowych i zobowiązaniach międzynarodowych:

  1. Naruszenie ustawowego obowiązku gminy. Zgodnie z art. 17 ust. 1 pkt 12 ustawy z dnia 12 marca 2004 r. o pomocy społecznej, do zadań własnych gminy o charakterze obowiązkowym należy „pomoc osobom bezdomnym w zapewnieniu schronienia, posiłku oraz niezbędnego ubrania”. Szanowni Decydenci – to my realizujemy Wasze ustawowe obowiązki, a nie odwrotnie. My nie prosimy o jałmużnę ani o przysługę. Przychodzimy z gotowym, działającym rozwiązaniem problemu, za który Państwo odpowiadacie przed prawem i wyborcami. Dajemy mieszkańcom Warszawy bezpłatną, sprofesjonalizowaną usługę, za której stworzenie od zera miasto musiałoby zapłacić setki tysięcy złotych. Stabilny lokal to nie prezent dla fundacji – to Państwa ustawowy wkład własny w realizację zadań publicznych.
  2. Łamanie zasad współpracy z organizacjami pozarządowymi – artykuł 5 ust. 3 ustawy o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie jednoznacznie stanowi, że współpraca administracji publicznej z organizacjami pozarządowymi odbywa się na zasadach: pomocniczości, suwerenności stron, partnerstwa, efektywności, uczciwej konkurencji i jawności. Spychanie niezależnej organizacji do roli petenta i uzależnianie przyznania lokalu od urzędniczego „widzimisię” jest rażącym naruszeniem zasady partnerstwa i suwerenności stron.
  3. Działanie wbrew Programowi Współpracy m.st. Warszawy z NGO oraz Strategii Warszawa 2030 – program współpracy, przyjmowany corocznie Uchwałą Rady m.st. Warszawy, wprost nakazuje urzędnikom budowanie partnerskich relacji i efektywne wykorzystywanie zasobów miejskich (w tym lokalowych) do realizacji zadań społecznych. Blokowanie pustostanów w imię komercyjnego zysku lub „estetyki placu” stoi w rażącej sprzeczności z tą uchwałą oraz celami operacyjnymi Strategii #Warszawa2030, która kładzie nacisk na aktywne i bezpieczne wspólnoty oraz wsparcie grup zagrożonych wykluczeniem. Jeśli dzielnica odmawia lokalu na cele społeczne, działa wbrew oficjalnej strategii własnego Prezydenta.
  4. Sabotowanie krajowej i europejskiej polityki deinstytucjonalizacji – zarówno rządowa Strategia Rozwoju Usług Społecznych, jak i unijne wytyczne jednoznacznie nakazują deinstytucjonalizację usług społecznych – czyli przejście od opieki wielkoinstytucjonalnej (wielkich, izolujących schronisk) do usług świadczonych w społeczności lokalnej, w sposób zindywidualizowany i podmiotowy. Dokładnie to robi nasz Centralny Punkt Integracji. Blokując nam możliwość otrzymania lokal, dzielnice zatrzymują proces deinstytucjonalizacji, zamykając ludzi w systemie instytucji.
  5. Ignorowanie programów rządowych i ram europejskich – działania urzędników stoją w jawnej sprzeczności z celami rządowego programu Ministra Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej „Pokonać bezdomność”, który jako priorytet wskazuje innowacyjność, partnerstwo z organizacjami oraz wsparcie środowiskowe. Co więcej, Polska jest sygnatariuszem Deklaracji Lizbońskiej w ramach europejskiej platformy przeciwdziałania bezdomności. Dokument ten wprost zakazuje dyskryminacji osób w kryzysie w dostępie do przestrzeni publicznych i usług oraz nakazuje dążenie do całkowitego wyeliminowania bezdomności ulicznej poprzez zakorzenianie ludzi w społecznościach. Warszawscy urzędnicy, zasłaniając się „rekreacyjnym charakterem placów”, jawnie te międzynarodowe standardy “depczą”.

Jako wieloletni praktycy patrzymy na ten problem szeroko. Rozbrójmy ten strach razem. Żeby była jasność: ja rozumiem mieszkańców. Rozumiem, że mogą być niezadowoleni i że mogą się bać. Wszyscy mamy w głowach ten sam stereotyp osoby w kryzysie – brudnej, agresywnej, pod wpływem substancji, bez kontaktu. Taki lęk jest naturalny. Ale ten lęk jesteśmy w stanie wspólnymi siłami rozbroić. Warunek jest jeden: urzędnicy muszą zacząć rozmawiać w sposób partnerski.

Administracja wykazuje się tutaj krótkowzrocznością. Widzicie sprawę w prosty sposób – mieszkańcy zaprotestują, obrażą się, nie zagłosują na nas w wyborach, więc dla świętego spokoju nie dajmy lokalu fundacji. Zapominacie przy tym o absolutnym fundamencie naukowej i społecznej pomocy – nie ma czegoś takiego jak wychodzenie z bezdomności bez włączania ludzi w społeczność lokalną. Izolowanie ich, spychanie i tworzenie skupisk, gdzie są grupy wykluczone nikomu nie pomoże. Wszyscy pamiętamy takie miejsce jak “Dudziarska”.

Profesjonalny, bezpieczny punkt integracji to nie jest problem, tylko gotowe rozwiązanie problemów danej okolicy:

  1. “Zniknięcie” z podwórek i klatek schodowych. Kiedy ci ludzie przebywają u nas, nie ma ich w przestrzeni publicznej.
  2. Realna redukcja szkód. Przez kilka godzin spędzonych w punkcie nasi podopieczni zachowują trzeźwość. To czysty zysk dla bezpieczeństwa – zarówno ich własnego, jak i okolicznych mieszkańców.
  3. Szansa na realną zmianę. To u nas ci ludzie dostają przestrzeń, by zjeść, umyć się, odbudować zaufanie i zacząć zmianę.
  4. Inwestycja, nie koszt. Człowiek, który dzięki naszej pomocy staje na nogi i podejmuje pracę zarobkową, zaczyna zarabiać i płacić tu podatki. Dlaczego nikt z rządzących nie chce na to spojrzeć przez pryzmat ekonomii społecznej? Zapominacie o kosztach, których na pierwszy rzut oka nie widać – każda niepotrzebna interwencja policji, straży miejskiej czy pobyt w SODON (Stołecznym Ośrodku Dla Osób Nietrzeźwych) to gigantyczne obciążenie finansowe dla budżetu miasta i państwa. My te koszty realnie tniemy.

Naszym marzeniem byłby obiekt wolnostojący, świetnie skomunikowany, położony z dala od gęstej zabudowy mieszkalnej. Żyjemy jednak w takiej, a nie innej infrastrukturze miejskiej i musimy pracować na tym zasobie, który realnie istnieje.

Nie bierzemy od miasta pieniędzy z grantów samorządowych, dbając o pełną niezależność naszych struktur. Świadczymy usługi na rzecz społeczeństwa, a nie na rzecz urzędu. Jedyne, czego potrzebujemy, to lokal. Tylko i aż dachu nad głową na cele pożytku publicznego.

Z naszych usług korzystają nie tylko osoby w kryzysie bezdomności. Przychodzą do nas warszawscy seniorzy, którzy mają swoje mieszkania, ale żyją na granicy ubóstwa; przychodzą osoby z niepełnosprawnościami. Pomagamy ludziom, którzy są Waszymi mieszkańcami i Waszymi wyborcami.

Dzielnica Włochy potrafiła stanąć za nami murem, bo tamtejsi urzędnicy rozumieją, czym jest systemowa odpowiedzialność społeczna. Dlaczego zatem inne dzielnice stawiają wymagania i traktują fundację nieprzychylnie? W Warszawie nadal funkcjonuje relacja czystej władzy, a nie partnerstwa.

Oczekujemy otwartego dialogu. Jesteśmy gotowi na spotkania z mieszkańcami i wspólne, mądre rozbrajanie lęków. Ale do tego potrzebujemy z Państwa strony jednego – dobrej woli i kluczy do lokalu, który jest dobrze skomunikowany z naszymi innymi miejscami wsparcia. Respektujcie zasady, ustawy i strategie, które sami uchwaliliście. Tak, list ma charakter bezkompromisowy, co nie wyklucza jednak naszej otwartości i elastyczności. List jest głosem sprzeciwu wobec relacji władzy i niedostatecznego partnerstwa. Jest głosem tych, których się nie słyszy. Ostatnia zima, która zaskoczyła wszystkich, pokazała skalę potrzeb. Najpóźniej z końcem lata musimy przeprowadzić się do nowego lokalu, aby przygotować się zimy. Ratowanie życia ludzi jest nadrzędną wartością. 

Czekamy na Wasz ruch.

Katarzyna Nicewicz – Kos

Prezeska Fundacji Daj Herbatę, pedagożka resocjalizacyjna, arteterapeutka. 

Mieszkanka Warszawy od urodzenia, zakorzeniona w lokalnym wolontariacie od 15 r.ż.